Blog > Komentarze do wpisu
27.

Notka będzie potwornie długa. Lepiej weź popcorn, jeśli chcesz czytać całość. I leki na wzmocnienie, jeśli chcesz czytać też część 1.

 

Część 1, stricte prywatna i zrzędząca. Doradzam ominięcie.

No i po urodzinach, po świętach i prawie że po sylwestrze.

Oczywiście z tej pierwszej okazji nie obeszło się bez niespodzianek. Żadnych pozytywnych się nie spodziewałam, ale jedna wielka negatywna przyćmiła wszystko. Zaczynam dochodzić do wniosku, że coś chyba ze mną jest nie tak. Wszystko zawsze wygląda tak samo - najpierw obietnice i ogólna radość, potem trochę gorzej i znowu trochę gorzej, na koniec Wielka Cisza i/lub Wielkie Lekceważenie. A ja za każdym razem nie poczuwam się do winy. Wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że za każdym razem staram się być lepsza, bardziej tolerancyjna, wyrozumiała i cierpliwa. I za każdym razem kończy się dokładnie tak samo. W rezultacie kolejnego sylwestra spędzę sama*. Jasne, nie mam nic przeciwko byciu samej, ale zdecydowanie wolałabym, żeby to był mój wybór, a nie przymus.

*nie liczę towarzystwa jakiegoś serialu. Najlepiej Dead Like Me. Tam przynajmniej nikt mnie nie okłamuje, że każdy może mieć przyjaciół.

"You should get close to everything you care about. Things come and go. People come and go. And maybe some of us learn to stop caring about it. But I keep reaching out even though my hand keeps getting slapped away..."

 

Notkę piszę drugi raz. Poprzednia wersja była trochę krótsza, ale przykro mi jest i trzeba się gdzieś wyżalić. Już przestaję. Teraz będę się zachwycać. Albo i nie. Sami zobaczycie.

 

Część druga - 2009 muzycznie.

Na forum Nicka ktoś podrzucił temat "5 ulubionych albumów w 2009r" i trochę mnie natchnęło. Ten tekst tam poniżej to wprawdzie na pewno nie będzie "5 ulubionych albumów z 2009r", raczej "Albumy 2009 roku - dlaczego tak, dlaczego nie". I nie będzie chronologicznie, tylko według moich folderów na dysku.

Anita Lipnicka - Hard Land Of Wonder

Miała być solowa bez Johna Portera i chyba nie bardzo się udało. Płytka świetna, znakomicie się jej słucha, ale co chwilę miałam wrażenie, że zaraz usłyszę Portera. Niemniej na pewno będę do niej wracać.

Bat For Lashes - Two Suns

Tylko dwa słowa na opisanie tego krążka - okropnie klimatyczny.

Blade loki - Los Torpedo

Płytkę przesłuchałam w sumie trochę mimochodem, ale pamiętam, że mi się podobało. Niestety tylko tyle, bez żadnych uszczególnień w stylu "ooo, ta piosenka mi się przyczepiła". To chyba niedobrze?...

Bob Dylan - Together Through Life

Niestety jak wyżej. Moja matka twierdzi, że jest świetna, ja jakoś po jednym czy dwóch przesłuchaniach nie pamiętam dźwięku ani jednej piosenki. Może jeszcze się zmobilizuję. A świątecznego Dylana jeszcze nie ściągnęłam.

Bruce Springsteen - Working On A Dream

O ile dobrze pamiętam, to poszłam i kupiłam CD na ślepo. Wróciłam do domu i słuchałam przez jakieś dwa tygodnie w kółko. Potem przez kolejne dwa podśpiewywałam w każdej wolnej chwili.

Closterkeller - Aurum

Pomimo mojej szczerej niechęci do Anji Orthodox - płytka jest absolutnie genialna. Wprawdzie trzeba było sześć lat czekać, ale nie będę wypominać, bo sześć lat temu to ja chyba nie wiedziałam o ich istnieniu i czekałam tylko cztery. W każdym razie - słucha się tego doskonale. Ja w dodatku posiadam bardzo cenną kopię, bo podpisaną przez Anję i całą resztę zespołu na "książeczce" i przez Anję na płytce samej w sobie. Materiał jest spójny, bardzo Closterkellerowaty i bardzo mroczny, chociaż oczywiście Anja twierdzi, że oni nie są zespołem gotyckim. Hm.

Depeche Mode - Sounds Of The Universe

Nie jest to jakiś mój ukochany zespół, ale uznałam, że należy mu się miejsce. Szkoda tylko, że ze słabymi notowaniami, bo próbowałam płytę przesłuchać parę razy i nie pamiętam z niej nic. Po prostu sobie jest, w przeciwieństwie do jakiegokolwiek wrażenia po jej przesłuchaniu. Równie dobrze mogło jej nie być.

Dolores O'Riordan - No Baggage

Nie bardzo się to różni od poprzedniej płyty czy całej dyskografii The Cranberries. Właściwie można to wrzucić w ten sam folder i nawet nie zauważyć różnicy. Album przesłuchałam dwa czy trzy razy (za którymś razem chyba nawet wpadła moja matka i zażądała, żebym przestała), kilka piosenek mi utknęło w głowie, reszta znikła. Tradycja podtrzymana, bo z Cranberries i Are You Listening? jest dokładnie tak samo.

Exilia - My Own Army

Exilia to moje prywatne odkrycie, do którego roszczę sobie prawa autorskie. Wpadłam na nich jakoś przypadkiem i zostali moim lekarstwem na depresje. Jednakowoż z przesłuchaniem tej płyty miałam problem, bo przesłuchanie dla mnie równa się równolegle z czytaniem tekstów, a takowych nie ma w sieci, mimo że minęło już ładnych parę miesięcy od wydania. Niemniej jestem w stanie stwierdzić, że słychać, że to Exilia, bardzo ładnie i dynamicznie i podoba mi się, chociaż chyba najmniej ją lubię ze wszystkich ichpłyt. Może jak dorwę teksty, to przesłucham wreszcie na spokojnie i wtedy pogadamy.

Florence + The Machine - Lungs

Po singlu Dog Days Are Over spodziewałam się czegoś... No, innego. Raczej się zawiodłam. Brzmi koszmarnie i nie bardzo mogę tego słuchać. A podobno to jest podobne do Nicka Cave'a, Toma Waitsa i Kate Bush. Całą trójkę uwielbiam, a od Florence mnie właściwie odrzuca. O czymś to świadczy, prawda?

Grzegorz Turnau - Do zobaczenia

Tryb postępowania dokładnie taki sam jak ze Springsteenem. Tyle tylko, że płytki słuchałam raptem przez dwa dni, a DVD nie obejrzałam z braku aż takiego zapału.

Hey - Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!

Rzeczywiście uwaga, ratunku i pomocy. No, może nie aż tak całkiem, ale dość bardzo. Znaczy się tak: tekstowo płyta jest wyraźnie Heyowo-Kaśkowa. Muzycznie - bardzo Kaśkowa i w tym właśnie leży problem. Jest to zbyt elektroniczne, żebym chciała tego słuchać w kółko... czy w ogóle. No i z tytułem też poszli na łatwiznę. Zamiast jakiegoś czegoś przemyślanego i trochę bardziej zmuszającego do myślenia - takie podanie na talerzu. Powiedziałabym, że ta płyta to taka 1/8 normalnych możliwości Heya. Niestety.

Iggy Pop - Preliminaires

Teraz zginę z rąk mojej matki. Albowiem... Płytkę przesłuchałam kilka razy i pomimo ogólnego wrażenia "brzmiało jak Iggy Pop" i "o, te trzy piosenki mi się podobały" nie zostało mi nic więcej. *włazi pod łóżko*

Krypteria - My Fatal Kiss

Płytkę przesłuchałam półtora raza. Uznałam, że brzmi Krypteriowato, mrocznie i w miarę strawnie i na razie wystarczy. Słuchać się da, to pewnie jeszcze do niej wrócę.

Morrissey - Years Of Refusal oraz Swords

Na Morrisseya zapadłam stosunkowo niedawno, odkrywszy, że jest boski i został moim trzecim guru. Years Of Refusal bardzo mi się spodobały, ale do Swords nie mogłam się zebrać. Natomiast jak już się zebrałam... To chodziłam i śpiewałam "Don't Make Fun Of Daddy's Voice". Obydwie, a właściwie to trzy płytki, bardzo udane i świetnie się ich słucha.

Nick Cave - White Lunar, From Her To Eternity, The FirstBorn Is Dead, Kicking Against The Pricks oraz Your Funeral... My Trial

White Lunar to jedyna nowość w tym składzie. Wydana z Warrenem Ellisem, bardzo fajna składanka różnych niepublikowanych utworów zebranych na dwóch płytach, miło się słucha przed snem. Cztery pozostałe to poprawione wersje krążków wydanych 20 lat temu. Mam tylko jedną, ostatnią i niestety nie słyszę różnicy. Wideo obejrzałam, ale bardzo się zmęczyłam rozumieniem ze słuchu i nie dotrwałam. Pozostałe trzy płyty kupię, jak będę obrzydliwie bogata, na razie dam sobie na wstrzymanie.

PJ Harvey - A Woman A Man Walked By

Po singlu Black Hearted Love bardzo niecierpliwie czekałam na płytę. Niestety znów się zawiodłam. Zapamiętałam tylko BHL i Pig Will Not, ze względu na ten drący wokal. Reszta rozpłynęła się we mgle. Mam problemy z PJ, bo ciężko przyswaja mi się jej piosenki, ale jak już przyswoję, to na stałe. Może i z tą płytką będzie tak samo. A chwilowo, wybaczcie mi brak wiary i cierpliwości, PJ i Nicku. Oraz Johnie Parishu.

Rykarda Parasol - For Blood And Wine

Numer dwa tego roku. Dopiero niedawno położyłam swoje łapki na niej, ale od razu na nią zapadłam. Bardzo Rykardowa, Nickowa, w sumie też bardzo mroczna, ale w inny sposób mroczna. Nie w ten sposób rozumiany przez wszystkich, "ubieram się na czarno, mówię o Tolkienie, słucham metalu, noszę glany i targam zawsze ze sobą moją kostkę". W ten gotycki bardziej wyrafinowany sposób. Poezji, znaczy mam na myśli, że ta poezja jest mroczna, i bardziej wyszukana, niż teksty takiego 69 Eyes czy nawet Nightwisha.

Sonata Arctica - The Days Of Grays

Płytkę przesłuchałam dwa razy. Z Sonatą mam w ogóle ten problem, że usłyszenie jednej piosenki oznacza znanie każdej. Charakterystyczni są, owszem, ale brzmią identycznie na każdej piosence. Chyba raptem trzy czy cztery jestem w stanie rozpoznać od razu, jak się uruchamia w winampie. Cała reszta brzmi tak samo. I to samo tyczy się tej płytki. Brzmi tak samo, zapamiętałam, że jest niezła, ale nic poza tym.

U2 - No Line On The Horizon

Niestety to samo, co wyżej. Wszystko brzmi dla mnie tak samo i jednostajnie. A z tej płyty zapamiętałam tylko I'll Go Crazy If I Don't Go Crazy Tonight. Reszta to tylko jakieś rozmyte dźwięki. Ech.

 

Miały być jeszcze moje refleksje na temat seriali, ale chyba to odłożę na potem, bo trochę przesadziłam. Komuś jeszcze się wydaje, że ta notka jest cholernie za długa?

To do tego 'potem'.

O ile nie zamknę/zawieszę tego miejsca, bo zamierzam.

niedziela, 27 grudnia 2009, farinelka

Polecane wpisy

  • 25.

    Nelę boli głowa i gardło, ma lekki katar i niechęć do życia, ludzi i wszystkiego niezwiązanego z Nickiem. Nela miała się uczyć fonetyki na kolokwium. Tak więc N

  • 24.

    "I eventually realised, there was nothing I could do that would change the general public perception of me being a gloomy old bastard. Doesn't matter what kind

  • 23.

    Takie dziwne coś mi wyszło. CSS naturalnie trzyma się na zasadzie pięciu kijów wetkniętych byle gdzie zamiast jednej solidnej kolumny. Coś składnego potem, bo n